Odnaleźć się w Polsce bez Atomu
Lata sześćdziesiąte były czasem atomowego entuzjazmu. Schody zaczęły się później.
Ryszard Schwartz przychodzi na świat 15 lat po wojnie. Ludzie pamiętają jeszcze strach przed bronią nuklearną, ale oficjalna prasa i telewizja z zapałem przekonują, że atom ma pokojowe zastosowanie. Kiedy pojawiają się pierwsze elektrownie atomowe i okazuje się, że można produkować duże ilości energii niskim kosztem, to wysypuje się worek z pomysłami. Już niedługo po niebie mają mknąć napędzane jądrowo samoloty i rakiety, a po ziemi – atomowo napędzane pociągi i samochody. Dzięki temu, że atom nie potrzebuje do produkcji energii powietrza, na podbój czeka kosmos i podmorskie głębiny.
– Jako dziecko byłem tym wszystkim zafascynowany – opowiada Ryszard – byłem przekonany, że nastąpi etap skrajnej nowoczesności. To był czas Lema, programu kosmicznego Apollo i przekonania, że technologia będzie służyć temu, żeby ludziom żyło się lepiej.
Foto: Archiwum prywatne
Otwock, czyli podróż w nieznane
O tym, że istnieje szkoła kształcąca przyszłych atomistów dowiaduje się na kółku fizycznym. Siódma, może ósma klasa podstawówki. Nauczyciel wie tylko, że jest gdzieś w Warszawie, ale nic więcej. Wspomina za to, że jej absolwenci pracują w Instytucie Badań Jądrowych (obecnie NCBJ) i że to dobra, dobrze płatna praca. Po kilku miesiącach można sobie nawet kupić motocykl.
Ryszard wspomina: – To było coś. Warszawy nie znałem, bo mieszkaliśmy w Gdyni. Wypożyczyłem więc ze szkolnej biblioteki wykaz szkół ponadpodstawowych i zacząłem wertować. Nic nie znalazłem. Dałem sobie spokój i poszedłem do kina. W naszym mieszkaniu było tak, że jak się siedziało w wannie i zostawiało otwarte drzwi do łazienki, to można było telewizję z salonu oglądać. Moja mama w tym czasie otworzyła ten informator i w którymś momencie zawołała do mnie, że znalazła coś, co się nazywa „Technikum Nukleoniczne”. Tylko że nie jest w Warszawie, a w Otwocku. To blisko do Świerku, więc wiedzieliśmy już, że trafiliśmy w dziesiątkę.
Ryszard kończy ósmą klasę i pisze wniosek o przyjęcie. Pocztą wysyła świadectwo z bardzo dobrymi ocenami. Niedługo potem przychodzi odpowiedź – zakwalifikowany. Jest czerwiec 1976, kiedy zostaje zaproszony na spotkanie zapoznawcze. W Ursusie i Radomiu trwają w tym czasie rozruchy w proteście przeciwko podwyżkom cen żywności. Do Warszawy przyjeżdża z tatą. Szkoła to typowa „tysiąclatka”, internat dla przyjezdnych świeżo wybudowany. A sam Otwock – spokojna, zielona miejscowość.
Sześciu chłopa na 20 m²
Internat może i jest nowy, ale warunki do komfortowych nie należą.
– Wyobraź sobie takie pomieszczenie wielkości większej kuchni – tłumaczy Ryszard – Do tej kuchni musisz wstawić sześć łóżek tak, żeby się ze sobą nie stykały. W zasadzie to nawet nie łóżka, tylko tapczaniki z materacem. W jednej połowie trzymało się pościel, a w drugiej wszystko inne, bo po tej gimnastyce z ustawianiem tapczanów miejsca było i tyle co na mały stół i szafkę BHP, w której każdy miał po jednej półce. I tyle.
Dla 15-latka nie wygody są jednak najważniejsze.
– Luz w tym internacie był niesamowity. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Ktoś wracał o dziesiątej, ktoś o jedenastej. Nikt się tym nie interesował. Tylko do dziewczyn, które mieszkały na drugim piętrze, była zamykana krata na noc. Warunki do życia były bardzo słabe, ale człowiek jest się w stanie przyzwyczaić do wszystkiego. Szczególnie jak jest jeszcze młodym. Potem podłączyli nam ciepłą wodę i w świetlicy wstawili kolorowy telewizor, było lepiej.
Atmosfera sprzyja nawiązywaniu przyjaźni. W szkole poza zajęciami szkolnymi wiele się dzieje. Jest harcerstwo, kluby turystyczne. Ryszard zapisuje się do klubu sportowego, trenuje lekką atletykę. Jeździ na wycieczki, obozy i zimowiska. Na jednym z nich poznaje Ulę, chodzącą do otwockiego liceum, mieszczącego się po drugiej stronie parku. Szybko stają się nierozłączni.
Ewa, Maria i Agata
Pierwsza klasa niewiele różni się od zwykłego liceum. W drugiej robi się już ciekawiej, bo dochodzą przedmioty techniczne. Podstawy elektrotechniki i elektroniki, zajęcia z rysunku technicznego, laboratorium techniki jądrowej, ochrona przed promieniowaniem. Oprócz tego warsztaty związane z ogólnymi zasadami postępowania ze źródłami i promieniowaniem, używanie izotopów radioaktywnych (przechowywanych w szkole), utrzymywanie zasad ochrony.
– Zrobiłem między innymi kurs inspektora ochrony przed promieniowaniem – mówi Ryszard Schwartz – Mógłbym z tym pracować np. w centralnym laboratorium ochrony radiologicznej albo jako inspektor. Chodziliśmy też na wycieczki do IBJ w Świerku. Widzieliśmy reaktory Ewa, Maria, zestaw krytyczny Agata. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem efekt Czerenkowa. W wyniku reakcji zachodzących w reaktorze powstają wysokoenergetyczne cząstki, które dostają się do wody chłodzącej powodując powstanie promieniowania wokół prętów paliwowych. A mówiąc prościej: woda wokół rdzenia świeci na niebiesko.
Z Gdyni do stolicy i z powrotem
Technikum kończy się w 1981 roku. W tym czasie o polskiej elektrowni atomowej jeszcze się nie mówi. Czuje jednak, że energetyka to kierunek, w którym chce się dalej rozwijać. Najbliższym zagadnieniom, jakie poznawał w Otwocku jest Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa na Politechnice Warszawskiej. On wybiera jednak Gdańsk, bliżej rodziców. Już na studiach ciągnie go w stronę elektroenergetyki: maszyny elektryczne, automatyka przemysłowa, wysokie napięcia. Na zajęciach okazuje się, że wiedza zdobyta w technikum bardzo się przydaje. Podstawy elektrotechniki ma już w małym palcu. Podręczniki ze studiów szkoły średniej są z resztą najlepsze. – To dlatego, że one mówiły jak jest, a nie skupiały się jakimiś wielkimi teoriami.
Na czwartym roku studenci mogą wybrać zajęcia. Jest lista przedmiotów i siatka godzin, które trzeba wyrobić – tyle wykładów, tyle ćwiczeń. Trochę w stylu amerykańskim. Są laboratoria wyjazdowe. Odwiedzają elektrownię wodną Porąbka-Żar, okręgową dyspozycję mocy w Bydgoszczy, fabrykę transformatorów Eltra w Łodzi.
– Okazało się, że w zakresie elektroenergetyce maszyn, kotłowni czy generatorów nie odstawaliśmy daleko od amerykańskim – wspomina Ryszard – W ABB w Elblągu produkowane były turbiny parowe, we Wrocławiu generatory. Nasze najlepsze elektrownie nie były wcale gorsze od zagranicznych. Nie mówię może o automatyce i sterowaniu, ale kotły, turbiny, generatory były zupełnie dobre. To pozytywnie nastrajało do szukania pracy w zawodzie.
Zaproszenie z Żarnowca
Coraz mocniej wsiąka w temat energetyki jądrowej. Kupuje wszystko, co się na ten temat ukazuje drukiem. Z kolegami zakładają koło naukowe studentów energetyki jądrowej i próbują wkręcić się do zachodnioniemieckich elektrowni atomowych na staż. Wyszukują adresy, piszą podania. Ostatecznie nic z tego nie wychodzi, ale dla chłopaków z Polski ciekawe są same prospekty, które przychodzą w odpowiedzi. W tym samym czasie pojawia się temat elektrowni powstającej w Żarnowcu.
Ryszard: – Kolega z Wejherowa, Marek Klewer zwrócił się do kilku z nas, takich nieformalnych liderów wśród studentów, z informacją, że jest okazja, żeby dostać stypendium z Żarnowca. Dowiedzieliśmy się o tym, bo jego dziewczyna pracowała wtedy jako sekretarka jednego z tamtejszych dyrektorów. No i zgłosiliśmy się w pięciu – Klewer, Kołodziejczyk, Marczak, Zapała i ja. To nie były jakieś wielkie pieniądze, ale to takie 800+. Ważniejsze dla mnie było to, że miałem to już w jakiś sposób zagwarantowaną pracę po ukończeniu studiów.
A praca w Żarnowcu prezentuje się coraz lepiej. Zaczynają krążyć plotki, że ta inwestycja jest tak ogromna, że budowane są hotele robotnicze i mieszkania pracownicze.
– W tamtych czasach mieszkania nie kupowało się, tylko się zdobywało – mówi – Chyba, że ktoś wyjechał za granicę, dodał trochę dolarów i budował sobie dom. Ale wyjechać też nie było łatwo. Po ślubie nadal mieszkaliśmy z Ulą i malutkim synkiem Łukaszem u moich rodziców w Gdyni. Perspektywa otrzymania swojego lokum w Wejherowie, czy w Redzie była bardzo kusząca. A jeśli chciałem pracować w energetyce jądrowej, więc to była tylko wisienka na torcie.
Pierwsza praca i Czarnobyl
We wrześniu 1986 broni magisterkę, a już od października rozpoczyna pracę w Żarnowcu. Na początku uczy się czytać dokumentację.
– Tego na politechnice nikt nie nauczył – przyznaje – Siedzieliśmy i wertowaliśmy papiery, uczyliśmy się znaczenia skrótów. W naszym dziale połowa osób przyszła z innych elektrowni, głównie z Bełchatowa. Byli starsi i mieli praktyczne doświadczenie, więc dostawali już konkretne zadania. A my byliśmy świeżakami. Powoli, powoli wciągaliśmy się w te tematy. A dzięki pracy w Żarnowcu mogłem też zapoznać się z raportem o wydarzeniach w Czarnobylu.
Pół roku wcześniej, pod koniec kwietnia, dochodzi do wybuchu w reaktorze ukraińskiej elektrowni jądrowej. Pomimo początkowych blokad informacyjnych polscy naukowcy szybko identyfikują rodzaj i źródło skażenia. Po całonocnych obradach powołana zostaje Komisja Rządowa odpowiedzialna za akcję przeciwdziałania jego skutkom. Reakcja jest szybka i zdecydowana. Trzy dni po katastrofie dzieci w jedenastu najbardziej narażonych województwach otrzymują dawki jodu w postaci płynu Lugola. Ma to zablokować wchłanianie radioaktywnego izotopu do tarczycy. Chwilę potem władze wracają do polityki bagatelizowania zagrożenia i zachęcają do udziału w pochodach pierwszomajowych.
Ryszard przeczytał dokument tłumaczący co tak naprawdę wydarzyło się w Czarnobylu. – Ten materiał do mnie przemawiał. W kontekście naszej inwestycji jasne było, że coś podobnego nie ma prawa się wydarzyć. Po pierwsze i najważniejsze, tamta elektrownia była zupełnie innego typu niż nasza. Technologia WWER-440, którą tam mieliśmy używać, posiada tzw. „odwrotne sprzężenie zwrotne”. W skrócie: im więcej zaburzeń jest w systemie, tym bardziej zwalnia reakcja jądrowa. Bez udziału człowieka. W czarnobylskich reaktorach RBMK regulowanych grafitem wiele zależy od decyzji operatora. I to właśnie błędy ludzkie doprowadziły do katastrofy. Wiedzieliśmy, że nie mamy czego się obawiać. Natomiast chaotyczne działania naszego rządu, czyli najpierw szybka akcja, potem szybka akcja, a potem „jednak nic się nie stało” sprawiło, że ludzie stali się nieufni. Bali się atomu. Potem odbiło się nam to czkawką.
Wojsko i Pierwsze M
Wraz z kolegami piszą prośby o przyśpieszenie obowiązkowej służby wojskowej, żeby potem nie mieć przerwy w pracy. Udaje się, trafia do czteromiesięcznego szkolenia w Bemowie Piskim, a następnie osiem miesięcy spędza w Bieszczadach.
W międzyczasie przyjeżdża na przepustkę, odebrać pierwszy przydział mieszkania w Wejherowie. A właściwie pokoju, bo w pierwszej kolejności dostawało się miejsce w mieszkaniu wspólnym. Wkrótce przenoszą się do większego, z trzema pokojami. Najpierw długo stoi puste, ale wkrótce dokwaterowują młodego chłopaka, Tomka Czarneckiego, którego kolega, Mirek Serafin, mieszka w tym samym bloku. Obaj pracują w jednym dziale i ogólnie trzymają się razem. Do mieszkania przychodzą więc tylko spać.
– Jak się nie mieszka z rodziną i funkcjonuje się w rytmie praca – spanie – praca – spanie, to można było stracić poczucie czasu – wspomina Ryszard – Pamiętam jeden raz, kiedy Tomek wrócił po południu z roboty i jak miał w zwyczaju poszedł się zdrzemnąć. Jak się obudził, to wyszedł z takim błędnym wzrokiem i pyta „Mirek już był?”. Zanim zdążyli odpowiedzieć, ten już wybiegł z mieszkania i tyle go było. Po 20 minutach. Zauważył, że coś jest nie tak, kiedy czekał na dworcu na pociąg do Żarnowca. Na peronie było dziwnie pusto. I wtedy olśniło go, że zamiast się robić jaśniej, jest coraz ciemniej.
Obchód jest po to, żeby nie spać
Niedługo potem razem z kilkoma kolegami zostają oddelegowani do elektrowni w Bełchatowie, żeby zdobyć uprawnienia operatora turbiny 360 MW.
– Poprzydzielali nas do poszczególnych brygad i każdy dostawał taki zeszyt z wypisanym kto ma kiedy zmianę. Trzy razy pierwsza, dwa razy druga, dwa razy wolne, dwa razy trzecia, dwa razy pierwsza, po tym duże wolne i tak dalej. Człowiek nie myślał już dniami tygodnia, tylko tym, że dzisiaj masz jedynkę, a pojutrze trójkę. Dogadywaliśmy się potem tak, że pracowaliśmy na dwie zmiany, żeby mieć więcej dni wolnego z rzędu i wrócić do domu. Spędzić więcej czasu z rodziną.
Ryszard najczęściej pracuje z Tomkiem Zapałą. Zaczyna się od funkcji obchodowej. Praca polega głównie na tym, że się siedzi w kanciapie i czeka na telefon. Większość armatury jest sterowana zdalnie, ale zawsze zdarzają się zawory, które trzeba zakręcić lub otworzyć ręcznie. Oprócz tego regularnie, co godzinę-dwie ma do przejścia trasę. Sprawdza ciśnienia, temperatury, lampki kontrolne. Taki obchód trwa 15 minut. – Ten obchód był chyba tylko po to, żeby ludzie nie zasypiali na zmianie. Bo jeśli odczyt w jednym miejscu będzie o 12.00, a innym dopiero o 12.10, to nie daje to tak naprawdę obrazu sytuacji. To takie chodzenie dla chodzenia – twierdzi.
Potem uczą się już identyfikować instalacje. Która część należy do obiegu głównego, która do pomocniczego. Muszą znać zasady działania całego układu. Ta w Bełchatowie nie różni się wiele od instalacji planowanej w Żarnowcu. Różnica jest tylko w sposobie zagrzewania ciepła. W węglowej wodę podgrzewa kocioł, w jądrowej reakcja zachodzi w reaktorze. Potem już wszystko działa tak samo. Para napędza turbinę, potem trafia do skraplacza, a pompa przekazuje ją z powrotem do obiegu wtórnego i tak dalej.
Dział przygotowania eksploatacji
Co tydzień, w dyrekcji generalnej odbywa się tzw. cyklówka, w którym postępy prac przedstawia zespół opiniowania zatrudniający inwestora. Polscy inżynierowie pracują głównie na dokumentacji rosyjskiej, bo projekt elektrowni był właśnie rosyjski.
– Czytaliśmy tę dokumentację kawałek po kawałku i opiniowaliśmy. Czy wszystko się zgadza z naszymi założeniami, czy może coś idzie do zmiany. Ja zajmowałem się głównie zagadnieniami wody. Jakiego rodzaju woda będzie używana, jak będzie dostarczana, jak zrzucana.
W elektrowni do chłodzenia ma być pobierana woda z jeziora żarnowieckiego. Najpierw oczyszczana przy pomocy sit obrotowych, potem przez dodatkowe filtry. Przez układ chłodzenia podgrzewa się o około 3 stopnie Celsjusza i w takiej temperaturze wraca do jeziora. W planach było zarybienie jeziora gatunkami, które lubią cieplejszą wodę i które zjadałyby pojawiający się w niej plankton. W utrzymaniu jeziora w dobrej formie pomagać ma też elektrownia szczytowo-pompowa, która funkcjonuje jak mieszalnik. Wszystko więc było przemyślane. Elektrownie konwencjonalne też z resztą używają wody do chłodzenia. Ta w Kozienicach, obecnie druga największa w Polsce, pobiera i zrzuca wodę do Wisły. Jeszcze w Warszawie można zauważyć, że woda przy jednym brzegu jest jakieś półtora stopnia cieplejsza niż przy drugim.
Początek końca
O decyzji o zamknięciu Żarnowca dowiaduje się na zajęciach na PG. Elektrownia wysłała go na dodatkowe studia podyplomowe z zakresu eksploatacji elektrowni jądrowych. Nigdy ich nie ukończy. Nie ma już po co.
– Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej – mówi – Całe dorosłe życie podporządkowałem tematowi energetyki jądrowej, a to okazało się, że nic z tego nie będzie. Mieliśmy z żoną wtedy dwójkę małych dzieci. To była ogromna niepewność. Niedługo potem dostałem telefon. „Rysiek, składaj podanie na M5”. Moja żona to usłyszała, to myślała, że zwariowałem. Dopiero co skończyliśmy się urządzać w pierwszym samodzielnym mieszkaniu. Te M4 to były te najbardziej poszukiwane metraże, a mi z racji stażu pracy i wielkości rodziny bardziej „należało się” większe. Niedługo potem przeprowadziliśmy się na Ofiar Piaśnicy, gdzie mieszkaliśmy prawie 20 lat.
W Żarnowcu pracuje jeszcze przez rok. Ale to taka praca bez pracy. Przychodzi do biura, gra z kolegami w karty i w Blockout na komputerze. Mamy okres transformacji, pojawiają się więc różne pomysły i inicjatywy. Co by zrobić, na czym zarobić.
Dachówki i maszynopisy
Plus z tego nic nierobienia jest taki, że Ryszard otrzaskuje się z komputerami. Kupuje własny i podpisuje się pod świadczeniem swoich usług na rynku. Razem z żoną przepisują maszynopisy, drukują dokumenty i wizytówki na drukarce igłowej.
– Mieliśmy takiego jednego stałego klienta, naukowca z Instytutu Oceanografii – opowiada – On cały czas zajmował się tym samym. Brał próbki, robił analizy spektroskopowe, a potem publikował ich wyniki. W ten sposób miał jeden z większych dorobków naukowych, bo publikował źródła do innych. Tu, proszę bardzo, ze Spitzbergenu, z Alaski, z Patagonii, z czegoś tam jeszcze. Miał opracowaną metodę i tak tłukł na masę. A ja za nim tłukłem, bo przepisywałem te jego maszynopisy na komputerze. Już nawet jego zdania wszystkie na pamięć znałem po angielsku. Parę złotych z tego było.
Koledzy ze studiów mają różne pomysły na siebie. Jest koncepcja wyrobu chloranów, założenia spółki nomenklaturowej, a nawet warzenia piwa.
– Zapała i Marczak razem z Kacmajorem, naszym kolegą z innego działu, założyli Target, czyli firmę która zajmuje się dzisiaj produkcją środków ochrony roślin. Kołodziejczyk zajął się sprzedażą dachówek. Sami od niego kupowaliśmy, kiedy budowaliśmy dom. Z Markiem Klewerem nie wiem do końca co się stało. Jego żona, ta sama która załatwiała nam wtedy stypendium, zmarła dość młodo, a on chyba wyemigrował, ale nie wiem gdzie.
Z dziećmi – Łukaszem i Agatą – przy czołgu stojącym wtedy przy ul. Ofiar Piaśnicy w Wejherowie, 1993. Foto: Archiwum prywatne
Życie po Żarnowcu
Na pracę w energetyce nie ma szans. Na Pomorzu nie ma miejsc, gdzie można się zatrudnić. Do zagranicznych jądrówek Ryszard nie wyjedzie, bo nie zna dobrze angielskiego i wydaje mu się to barierą nie do przejścia. Ma tu już z resztą ułożone życie, znajomych, mieszkanie. Trzy lata pracuje w biurze komornika sądu w Gdyni jako „pan od komputerów”. Potem trafia do Porty, firmy produkującej drzwi. Siedziba mieści się tak blisko, że jak jest pogoda, do pracy może jeździć rowerem. Najpierw dołącza do działu logistyki, potem przechodzi do projektów informatycznych, kończąc na stanowisku dyrektora. Łącznie spędzi tam prawie 20 lat.
Obecnie jest Project Managerem w firmie zajmującej się wdrażaniem zintegrowanych systemów informatycznych w dużych przedsiębiorstwach produkcyjnych. Niedawno szef poprosił go o przygotowanie firmy na erę sztucznej inteligencji. – Jestem nią jednocześnie zachwycony i trochę przerażony – Do komputerów też się ludzie bali. Internetu się bali. Jak mówi: – Przeżyliśmy tamto, przeżyjemy AI.
Pozostaje entuzjastą elektrowni jądrowych. Swego czasu zapraszany był nawet do prowadzenia wykładów dla nauczycieli. Cieszy się, że w końcu Polska doczeka się własnej jądrówki. – Dla mnie to już jest po zawodzie. Jestem za blisko emerytury. W moim życiu elektrownia jądrowa pojawia się na początku i teraz już bliżej końca. Ale lepiej późno niż wcale.